IzzySushi

Ursynowskie IzzySushi ma kolorową stronę zrobioną zgodnie z zasadami współczesnego marketingu (i e-marketingu). Można ich polubić na fejsiku, dodać googlowe +1, od rozmaitych promocji (na każdy dzień tygodnia inna!) można dostać oczopląsu, a główne hasło brzmi „Nie oszczędzamy na składnikach!” i „Normalne ceny” zachęca do odwiedzin.
Niestety, jak zwykle, wszystko na obrazku wygląda ładniej niż w rzeczywistości.
Lokalik mieści się na osiedlu przy metrze Kabaty. Można tam w miarę prosto trafić, chociaż nie rzuca się w oczy. Sama knajpka jest mała, ale przytulna – robi dobre wrażenie.

Po pierwszym spojrzeniu w menu przekonujemy się, że „normalne” ceny to nie przechwałki – najdroższy zestaw (a właściwie dwa: 60 i 57 kawałków) kosztuje tylko 199 zł.

Problem pojawia się dopiero przy realizacji części o nie oszczędzaniu na składnikach.

Mieliśmy okazję dwa razy stołować się w Izzy Sushi. Za pierwszym razem na miejscu – zamówiliśmy wtedy dwa zestawy za w sumie 150 złotych i… wyszliśmy głodni. Sushi było bardzo, BARDZO smaczne. Szkoda tylko, że maki były tak cienko krojone, że dwa maki złączone razem miały grubość jednego w innej restauracji.

Za drugim razem wtopa lokalu była nawet większa. Zamówiliśmy dwa zestawy (2 i 7) do odbioru na wynos. Mój mężczyzna udał się po odbiór na wskazaną godzinę do lokalu. Okazało się, że musiał jeszcze poczekać, chociaż zamówienie było złożone kilka godzin wcześniej.
Co więcej, kiedy wypakowaliśmy torbę w domu (na drugim końcu miasta) okazało się, że zamiast zestawu 2 dostaliśmy zestaw 3 – tańszy, mniejszy i, to już czysto subiektywne, mniej atrakcyjny smakowo.

Na koniec chciałam pokazać gold maki w wykonaniu IzzySushi. Trochę szkoda, że susharnia, która reklamuje się jako nieoszczędzająca na składnikach, przycina łososia położonego na ryż, tak że pokrywa tylko czubek, a nie jak inne susharnie (np.: So-An, Wook & Sushi, OTO!Sushi) daje pełny kawałek, który ładnia „spada” na boki.

Podsumowując, zdecydowanie nie polecam. Może i jest tanio, może mają fajne promocje, jednak ja wolę zapłacić ciut więcej, ale mieć pewność, że dostanę pełnowymiarowe, pełno składnikowe maki oraz że dostanę dokładnie to, co zamawiałam i w obiecanej ilości (bo jak można wyczytać w opiniach zamieszczonych tu, ilość kawałków też nie zawsze się zgadza).

OTO!SUSHI

Długo się zastanawiałam, któremu z lokali poświęcić pierwszy wpis na blogu. Myślałam i myślałam, wahałam się między dwoma moimi ulubionymi restauracjami. Tymczasem Rzeczywistość zweryfikowała moje plany i pierwszą notkę poświęcę OTO!SUSHI, którego spróbowałam ostatnio nieco z przypadku.

W miniony czwartek wypadała nam siódma miesięcznica. Z Ukochanym Mężczyzną mamy taką mała tradycję, iż co miesiąc świętujemy dzień naszego poznania się wypadem na sushi. Zazwyczaj wybieramy się do naszej ulubionej susharni niedaleko Arkadii. Tym razem jednak zwyczajnie nam się nie chciało. Było zimno, ciemno, miałam wolne od pracy, poprzedniego dnia zabalowaliśmy my świętując urodziny mojej przyjaciółki i miałam szczerą ochotę przez cały dzień nie wychodzić z łóżka.
– Ale przecież MUSI istnieć sushi z dostawą na Pragę! – rzuciłam w chwili natchnienia.
Wpisałam w google „sushi dostawa praga północ” i strona OTO!SUSHI była pierwszą która się wyświetliła. Szybki rzut oka na ceny wystarczył, żebyśmy się zdecydowali.

Zadzwoniłam. Bardzo miła pani, która odebrała telefon potwierdziła, że dostarczają do naszej lokalizacji, po czym przyjęła moje zamówienia.
Byliśmy bardzo głodni i niecierpliwi, więc idąc po najmniejszej linii oporu zamówiliśmy największy zestaw:

źródło:http://www.oto-sushi.pl/
i poprosiliśmy, żeby nie dawano nam imbiru. Pani uprzejmie zapytała, o preferowaną formę płatności, czym z miejsca sobie zaplusowała, bo nadal niewiele miejsc oferuje dostawę z terminalem, a my rzadko trzymamy w domy gotówkę, więc mój luby już się nastawiał psychicznie na sprint do bankomatu. Zostaliśmy uprzedzeni, że dostawa sama w sobie trwa do 50 minut, a jeśli życzymy sobie terminal może potrwać ciut dłużej. Przyjęłam do wiadomości, a pani jeszcze dopytała o potrzebną ilość par pałeczek, po czym pożegnałyśmy się.

W rzeczywistości dostawca pojawił się pod naszymi drzwiami po niecałej godzinie. Sprawnie przyjął zapłatę i poszedł.

Party Set kosztuje 189 zł i składa się z 58 kawałków sushi.
4 × nigiri łosoś
4 × nigiri maślana
4 × nigiri tuńczyk
4 × nigiri krewetka
4 × nigiri tamago
6 × pieczony łosoś
6 × pieczony węgorz
6 × philadelphia krewetka
4 × california gold
4 × california krab
6 × kappa maki
6 × sake maki.
Wg opisu na stronie jest przewidziany na 3-4 osoby i myślę, że jest to ilość właściwa, pod warunkiem że osoby byłyby trochę mniej wygłodniałe niż my w momencie przystępowania do posiłku. We dwoje objedliśmy się solidnie i przyznam, że ostatnie kawałki, acz pyszne, były konsumowane ciut opieszale.

Jedzenie zostało zapakowane w trzy plastikowe pudełeczka, z czego jedno zawierało solidną porcję wasabi, a drugie dekorację z kiełków. Do tego sos sojowy w ilości aż nadto w plastikowych buteleczkach.
O samym sushi nie mogę powiedzieć nic złego – wręcz przeciwnie. Wyglądało i smakowało doskonale. Nawet najbardziej „wypchane” maki nie rozpadały się, a przy tym nie było zbyt ściśnięte, a przyznać muszę, że ta restauracja zdecydowanie nie oszczędza na składnikach. Szczególnie zachwyciły mnie nigiri, w których na ryżu położony solidny, gruby kawał ryby. Po wielu przypadkach, kiedy natrafiałam na ogromną kulę ryżu i cieniutki plasterek rybki była to bardzo miła odmiana.
Mój luby, który nie przepada za ostrością i nigdy nie używa wasabi, narzekał wprawdzie, że hosomaki z łososiem zostały nadmiernie potraktowane japońskim chrzanem „od środka”, ale mnie to zupełnie nie przeszkadzało.
Zestaw dostarczył nam odpowiedniego zróżnicowania smakowo-wizualnego. Proste hosomaki, california maki, futomaki, nigiri. Tuńczyk, łosoś, krewetka, krab, węgorz, omlet. Od smaku „czystej” ryby na nigiri po słodziutkie maki z pieczoną rybą (drugi najmnocniejszy, najpyszniejszy punkt tego zestawu).

Gdybym naprawdę chciała się do czegoś przyczepić (chociażby po żeby wytłumaczyć, dlaczego po tylu superlatywach nie nazwę OTO!SUSHI! najlepszym sushi, jakie w życiu jadłam), to mogę wypomnieć, że ryż mógłby być ciut miększy, omlet nieco słodszy. Niestety, sos sojowy zapakowany w małe plastikowe buteleczki pozbawiony był etykiety, więc nie mogę konkretnie skrytykować firmy, ale preferuję łagodniejszą wersję. Po późniejszym przejrzeniu menu zestawów, śmiem twierdzić, że jest ono ciut monotonne i mało oryginalne (a o oryginalnym i zróżnicowanym menu mojej ulubionej susharni jeszcze usłyszycie;)), ale niewątpliwie można w nim znaleźć nie za drogie, dobrze dobrane klasyczne kompozycje. Pragnący czegoś mniej standardowego zawsze mogą domówić pozycję z dość bogatego repertuaru maków.

Podsumowując, OTO!SUSHI ogromnie nam zaplusowało dostawą i obsługą tejże, i zapewne jeśli jeszcze kiedyś zapragniemy sushi bez wychodzenia z domu, skorzystamy z ich usług.
Chętnych do przetestowania lokalu „na wyjściowo” informuję, że mieści się on w samym centrum Warszawy – przy ulicy Nowy Świat 46 :)